EPILOG





– Tosiek, nie bądź buc.
– Spadaj, nigdzie nie idę.
– Nooo proooooszę. Zrób to dla mnie?
– Pff.
Socha siedziała przy stole z idealnie białym obrusem, w strefie, w której wiek nie przekraczał lat dwudziestu pięciu, i nie zamierzała odpuścić. Panna młoda nawoływała, żeby wszystkie niezamężne weselniczki podeszły, ale Tośka wcale nie zamierzała mieszać się z durnym, wierzącym w idiotyczne zabobony plebsem. A już na pewno nie dla tego ryżego dziwadła.
Że też go dziewczyna puściła!
– Ten jeden raz – nalegał. – Nic ci się nie stanie. Potańczysz sobie, rzucą welon i przespacerujemy się. Albo zaszalejemy na parkiecie.
Tośka, nadal z założonymi rękami, zerknęła w górę na Zniszczoła i burknęła coś do siebie.
– Rusz dupę i mnie nie denerwuj – syknął jej w końcu do ucha, za nadgarstek wyszarpując ją z krzesła.
Tośka bardzo się zapierała, ale koniec końców podeszła do tumultu przy pannie młodej, posyłając Zniszczołowi nienawistne spojrzenie na odchodnym.
Kilka minut później świeżo upieczona mężatka usiadła na krześle, a wszystkie niezamężne dziewczyny stanęły w wianuszku wokół niej. Didżej włączył muzykę i okrąg ruszył, tańcząc lub – jak w przypadku Tośki – powłócząc nogami. Socha myślała już tylko o tym, żeby wreszcie zmyć tę tapetę, którą wymusiła na niej matka, rozbić skorupę lakieru do włosów gorącą wodą z prysznica i w ogóle się wykąpać, przebrać w piżamę złożoną t-shirtu z One Direction i starych szortów na wuef i pójść spać, mając wszystko głęboko w dolnej części układu trawiennego. I nie to, żeby jej się nie podobało – po prostu znoszenie tych wszystkich ludzi, którzy dziwili się, że Zniszczoł jest jej przyjacielem, a nie chłopakiem, było zwyczajnie męczące. Jakby dostała stu Kubackich, tylko trochę milszych. I bez gnomich ryjów, dodała w myślach.
Nim zdążyła się zorientować, muzyka zamilkła, coś wyleciało w powietrze, więc Socha instynktownie zamknęła oczy i ochroniła twarz rękoma. Pod palcami poczuła siateczkowy materiał.
Rozległy się oklaski i radosne okrzyki, zaś sama zainteresowana stanęła jak wryta. Spojrzała na welon w dłoniach, a potem na uradowanego jak prosię w deszcz Zniszczoła i już wiedziała, że przesrała sobie bardziej, niż zamierzała. I TO BYŁA JEGO WINA.
Didżej nagle zmaterializował się obok niej z mikrofonem, a ona dla bezpieczeństwa wycofała się o pół kroku.
– Jak ma na imię nasza nowa panna młoda?
– Tośka – wymamrotała do mikrofonu.
– W takim razie, Tosiu, prosimy, byś poczekała z boku, a my w tym czasie wybierzemy ci męża!
Zajebiście, przemknęło jej elokwentnie przez myśl. Posłusznie jednak usunęła się w cień.
Wokół pana młodego zebrali się wszyscy kawalerzy na sali. Didżej ponownie włączył jakiś elektroniczny dźwięk miksera, zwany współcześnie muzyką, i panowie zaczęli tańczyć w kółku. A Tośka gapiła się na to zbiegowisko ze złymi przeczuciami.
Półtorej minuty później w sali zapadła cisza, a potem przeszła przez nią fala braw i wrzasków. A biednej Sosze serce prawie stanęło.
Ten dekiel złapał muchę, myślała z przerażeniem. TEN GŁUPI DEKIEL ZŁAPAŁ TĘ ZASRANĄ MUCHĘ!
Zniszczoł już szedł w jej kierunku z pełnym wyszczerzem na gębie, a Socha poczuła nieprzyjemną miękkość w kolanach. Wziął za rękę i wytargał na środek parkietu, wokół którego pozostali goście weselni zbili się w okrąg, trzymają się za ręce.
– Urwę ci łeb – syknęła mu do ucha, uśmiechając się sztucznie do otoczenia. – U samej dupy. Tylko poczekaj, aż się skończy ta szopka.
Olek zachichotał. Objął ją w pasie. Tańczyli tego dnia mnóstwo razy, ale tak Socha się jeszcze nie poczuła ani razu. Zauważyła nawet, że Grzywa ma nie najgorsze perfumy. Może wcześniej jej to nie obeszło, bo nie wychodzili na parkiet do wolnych piosenek.
Didżej włączył utwór, która Tośka byłaby w stanie uznać nawet za znośny, gdyby nie fakt, że dreptała w miejscu przyklejona do tego ryżego bęcwała.
– Staraj się tańczyć tak, żeby mnie nie skompromitować – wymamrotała mu kącikiem ust, zaczynając się poruszać w takt.
– Bardziej się już nie da ciebie skompromitować – zaśmiał się cicho.
W odwecie Tośka przypadkiem nadepnęła mu szpilką na buta. Zniszczoł nawet nie jęknął.
Socha zobaczyła w okalającym ich tłumie podekscytowaną matkę i zażenowanego ojca, więc automatycznie zbrzydło jej tańczenie, mimo że piosenka nie kłuła w uszy (chyba True colors, czy coś), a Grzywa całkiem nieźle prowadził.
– To co – mruknął jej do ucha – w poniedziałek wybieramy datę?
– Ha-ha-ha, bardzo śmieszne – burknęła. – Wolałabym czyścić codziennie Hoferowi buty, niż wziąć z tobą ślub. A potem jeszcze mieć ryże dzieci, BLEEEEE!
– E! E! Hamuj piętą, dobra? – oburzył się. – Ja nie jestem rudy!
– Ale rudawy.
– To różnica chyba, nie? Polonistka, a takich podstawowych rzeczy nie rozróżnia...
– Ty mi moje wykształcenie zostaw w spokoju, bo jak ci zasadzę kopa...
– Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz... KOCHANIE.
Socha podniosła głowę, piorunując Grzywę wzrokiem, a ten miał na gębie złośliwy uśmieszek.
– Ty masz szczęście, że tańczymy nasz pierwszy taniec, bo byś już dawno siedział skulony, trzymając się za jaja – skwitowała.
Grzywa roześmiał się odrzucając głowę do tyłu. Tośka pomyślała w duchu, że nienawidzi go jeszcze bardziej za fakt, że to nie zabrzmiało wcale chamsko. Jego śmiech zresztą zawsze był taki... do bólu serdeczny.
Piosenka się skończyła, a wówczas goście społem zaczęli skandować:
– GORZ-KO! GORZ-KO!
Tośka wpadła w panikę. Zaczęła badać ewentualne drogi ucieczki, ale krąg gości był bardzo zwarty. Zginę, pomyślała dramatycznie. Umrę przedwcześnie! Ze wstydu się zjaram! Zniszczoł za to uśmiechnął się łobuzersko i zanim Socha zdążyła się zorientować, sprzedał jej buziaka w policzek.

* * *

– Ale pomógłbyś, stary.
Tośka od piętnastu minut słuchała donośnego UMC-UMC dochodzącego z sali i śledziła wzrokiem dyskutującego o czymś zawzięcie przez telefon Grzywę z ławki w drewnianej altance. Zebrało mu się na pogaduszki o drugiej w nocy. Sądząc po używanym imieniu, rozmawiał z Zioberem.
Westchnęła. Całe szczęście, że mogła tak szybko oddać welon, żeby nie było ambarasu. Była ciekawa, czy Zniszczoł powie coś swojej dziewczynie na temat tego, że wespół z Sochą złapali atrybuty przyszłego małżeństwa podczas oczepin. Witkowska nie wyglądała na dziewczynę, która potraktowałaby taki wyskok ze śmiechem.
Chyba że ze śmiechem morderczyni z siekierą w ręce, jak by już odrąbała Sosze łeb.
– Nooo weeeeeź... Ty już to robiłeś! Pomógłbyś niedoświadczonemu kumplowi!
Tośka, mimowolnie i ze znudzeniem słuchając paplaniny przyjaciela, teraz uniosła brwi w zdziwieniu.
– A jakaś rada chociaż? Wskazówka? Stresuję się, stary.
Czy oni... Czy Zniszczoł...
Wizja półnagiego Zniszczoła (nie raz już zresztą widzianego w stanie niemal z ery edeńskiej) z Witkowską równie roznegliżowaną...
STOP!, wrzasnęła na samą siebie w myślach. Nadal jednak gapiła się z przerażeniem na drepczącego tam a nazad Grzywę, który radził się właśnie w sprawach erotycznych najmniej odpowiedniego człowieka na Ziemi. Gorzej byłoby już tylko Murańki pytać.
– Ale mi pomożesz? ...Jeśli ty się nie znasz, to co ja mam powiedzieć?!
Tym razem Tośka wyobraziła sobie Zniszczoła z Witkowską i stojącego w ich sypialni Ziobrę, który ich instruuje, co i jak. Po kolei. I poczuła, jak wszystko, co dziś zjadła, podnosi jej się do gardła.
– I co, staż ci niby nie pomaga?
Chyba zaraz przedziurawię sobie bębenki szpilkami. Nie żartuję. JA CHCĘ OGŁUCHNĄĆ! Swoją drogą, to zero nadziei w tych nielotach. Ani skakać, ani...
Nieważne.
– To przynajmniej ze mną chodź. Będzie mi raźniej.
Czy na sali jest lekarz?
Im dłużej jednak się przysłuchiwała, tym do coraz gorszych wniosków dochodziła. Niestety, wolałaby domniemaną pierwszą wersję tych wydarzeń utrwalić niż rzeczywisty sens telefonu Zniszczoła. Bo kiedy dodała dwa do dwóch, wynik wyszedł o wiele gorszy od czterech.
Już wiedziała, że szykują się poważne kłopoty. I to takie, że straci wiarę w ludzi.
I w siebie też.





TADAAAAAM! To tak na zakończenie, żeby poziom elokwencji utrzymać.

Z tego miejsca chciałabym serdecznie podziękować osobie, która stanowi ważną część tej historii, choć do grona jej czytelników dołączyła... hmm, mniej-więcej w połowie. Chciałabym podziękować najmocniej na świecie mojej E_A za te odczyty „jeszcze ciepłe”, za uwagi (zawsze szczere!), za odnajdywanie moich literackich tropów, za całokształt udzielonej mi pomocy, za dyskusje nad postaciami, za pomoc „pozapisarską” — jesteś czytelnikiem, o którym w duchu marzyłam, bo po to się chowa coś w tekście, żeby ktoś się pokwapił to znaleźć.
W kwestii mniejszych lub większych elaboratów na uwagę zasługują także Adrawa, Yprisja, Asik i Patrycja. :) I Baśka, choć to nie elaboraty, ale zawsze emocjonalna opinia! :D
Co nie znaczy, że pozostałe komentarze były mi obojętne. Pewnie myślicie, że to tylko jałowa gadka — nic bardziej mylnego. Każdy Wasz komentarz, każdy ślad chęci, każda przekazana myśl, opinia, każdy głos w ankiecie — jestem Wam niewymownie wdzięczna. Nie sądziłam, że kiedykolwiek dorobię się grona czytelników, którego liczba będzie dwucyfrowa! A liczba komentarzy łącznie? KOSMOS! Dziękuję też za wszystkie wymienione ze mną tweety na temat opowiadania, za polecanie mnie innym kibicom skoków, za wszystkie słowa otuchy, za śledzenie (niełatwego nieraz) procesu tworzenia, za głosowanie w ankietach (twitterowych i blogspotowych). Nie macie pojęcia, jakie to miłe uczucie, kiedy podczas przewijania głównej strony wyskakują dobrowolne, niczym nie wymuszone rekomendacje waszego tekstu. Mam tylko nadzieję, że jeszcze nie uważacie mnie za zupełnego weirda. :D
Wiem, że to nie są żadne rekordy, ale zajmujecie szczególne miejsce w moim sercu, stanowicie moją motywację i dajecie nadzieję, że jest sens w kształtowaniu mojego warsztatu pisarskiego.
A nie ma niczego piękniejszego nad dawanie komuś nadziei.

A teraz... kilka ciekawostek i odpowiedzi na — być może — niezadane przez Was jawnie pytania. :D
1. Jak zapewne gdzieś Wam mignęło przed oczami — to było moje drugie podejście do tej historii. Poprzednie miało słowo „komedia” w tytule i, niestety, z założoną konwencją się mijało. Tekst nie spotkał się z ciepłym przyjęciem (mrugam do tych, co prawdopodobnie nigdy tu już nie zajrzą, a którzy dość szybko i słusznie uświadomili mi, jaką pomyłką było publikowanie tamtej wersji), więc go porzuciłam. Potem znalazłam dłuższą pracę, która wypompowała mnie z jakichkolwiek zdolności tfurczych i zapału do pisania, ale Tośkowi chodzili mi bez przerwy po głowie.
Długo się zastanawiałam, czy na pewno zaczynać wszystko od nowa — tamte rozdziały, choć powstały zaledwie trzy, były stosunkowo długie i pracochłonne. Niestety, były też przejawem mojej grafomanii. Dzięki kilku wskazówkom uzyskanym jeszcze przy wersji Tośków 1.0 postanowiłam przerobić tę historię tak, żeby w końcu miała jaja. Nie wiecie jednak, że cały zarys, pierwsze dialogi i szczegółowy plan wg rozdziałów powstał... na kartkach. Oto proces tfurczy Karoliny vel Infinite Charlie na jednym zdjęciu:




 



2. Niektórzy z Was pewnie zastanawiali się (a jedna osoba nawet otwarcie spytała :D), ile z siebie ofiarowałam Tośce — czyli test na marysuizm. :D Cóż, Tośka jest... przerysowaną wersją mnie samej. Wygląd ma zdecydowanie po mnie, chociaż widzę ją jaką tęższą od siebie, mimo że sama do chudych nie należę. Po mnie też panicznie boi się wymiotów (dziwna fobia, zdaję sobie z tego sprawę). Co zaś się tyczy charakteru — jestem wybuchowa, ale nie byłabym w stanie zrobić takich karczemnych awantur, zwłaszcza np. recepcjonistce w hotelu, czy sprzedawczyni w piekarni. Poza tym staram się być miła dla ludzi i robić dobre pierwsze wrażenie (a że mi nie wychodzi, to inna sprawa). Tośka z całych sił usiłuje udowodnić, że należy się od niej trzymać z daleka — wszyscy wiemy dlaczego. Lubię się malować, lubię zakupy, lubię wymyślać sobie fryzury — nic, na co Tośka mogłaby przytaknąć głową.
I, wstyd przyznać, ale dla mnie postaci są jak moje dzieci, nie jak narzędzia literackie. A to ponoć pierwszy stopień do marysuizmu. Cóż, niech stracę.
3. Początkowo Olek miał mieć charakter, który na drodze pisania dziwnym trafem zawędrował do Kubackiego — dlatego tak wiele osób widziałoby Tośkę i Mendę razem, bo są podobni. Oboje wredni dla otoczenia, ale pod złośliwą otoczką skrywają delikatne wnętrza. Oczywiście, Kubacki jest mniej skryty — ma dziewczynę, więc w jakimś stopniu musiał się przed nią otworzyć, ale nie zmienia to faktu, że tych dwoje jest niemal... identycznych.
4. Fannemel miał się planowo pojawić tylko w dwóch odcinkach — to Wasze uwielbienie do jego postaci sprawiło, że było go więcej. Niestety, ten bohater zupełnie mi nie wyszedł, ponieważ nigdy nie został do końca dopracowany. Bogiem a prawdą — stał się dla mnie uciążliwy i nie znosiłam pisać scen z nim związanych.
5. Najlepiej mi się pisało przy smutnej muzyce. Przez to często żałowałam, że piszę komedię, ponieważ byłabym stanie zasypać Was ogromem smutnych, ale przy tym przepięknych piosenek. Przy komedii to se mogę. W duuu...szy pogrzebać.
6. Niewielu chyba zajarzyło, że ogłoszenie dopingu z 15. było powtórzeniem akcji opisanej w prologu.
7. Większość pomysłów na rozdziały przychodziła mi od przeinaczonego tytułu.
8. Trudność w stylu i jego odczytaniu polegała na miejscowym przestawieniu składni i domieszce gwary. Mieszkam na często wyśmiewanym za odrębność kultury Śląsku, na co dzień posługuję się gwarą, ale — wierzcie mi — nie usłyszycie jej w mojej polszczyźnie. ;) W śląskim wciąż żywa jest tzw. składnia ACI, która w polszczyźnie ogólnej zanikła w dobie średniopolskiej. Dlatego mogliście się natknąć na zdania typu „Widziałam go siedzieć na ławce”, zamiast „Widziałam, że siedzi na ławce”.
9. Prolog został opublikowany w moje 22. urodziny. :D
10. Tymek to mój prawdziwy kuzyn. :) Zaręczam Wam, że jest równie uroczy, co ten z tekstu!
11. Pora na wyciętą scenę z rozdziału ze Słoweńcami! (9. „Smells like a Slovenian spirit(us)”). Akcja ma miejsce jeszcze na parkingu, przed odjazdem kadrą B do Harrachova:

O nie, ten kolejny uśmieszek nie spodobał mi się jeszcze bardziej. Kubacki podszedł bliżej i powiedział bardzo cicho, nachyliwszy się, prawie mi wprost do ucha:
I mówi to groupie, która jedzie z buloklepami z najniższej półki na Puchar Świata?
Bardzo przepraszam, ale ja również mam pewną nieprzekraczalną granicę, którą szaflarska menda naginała od zawsze początku sezonu, więc bez większych skrupułów zasadziłam Mustafowi sążnistego kopa z kolana prosto w klejnoty kartofle. Kubacki jął się zwijać z bólu i stękać jakby załatwiał dwójkę, a ja nachyliłam się nad nim i go zrugałam tonem wciskającym w ziemię (bo trzeba kopać leżącego, wbrew temu, co mówią):
TY MI MŁODYCH I ZDOLNYCH NIE OBRAŻAJ, NIELOCIE JEDEN ZASRANY! ANI MNIE!
Wyprostowałam się z dumą (czego, jak się spodziewam, Dejwi nie był w stanie uczynić przez najbliższe pół godziny) i odwróciłam na pięcie, zastając wielkie zdziwienie na twarzach moich przyjaciół na najbliższy weekend. Nawet Stękała wytrzeszczył te swoje legendarne oczy kobry i patrzył na mnie, jakbym się z Velikanki urwała. Wzruszyłam ramionami, pytając z krzywą miną:
Czego się gapicie? Właźcie do auta, bo Wojtek nam zaraz dupy przetrzepie.
Nim jednak wsiadłam (jako ostatnia, bo buraki nie znają zasad savior vivreʼu), skierowałam się jeszcze w kierunku usiłującego wyprostować sylwetkę Mustafa i dodałam:
Tak swoją drogą — właśnie osiągnąłeś poziom: Kubacki. Miłego treningu, cymbale.
A potem wszyscy byli dla mnie mili, a ja nie wiedziałam dlaczego. Bali się, czy jak? Co za sieroty...
I jak tu nie oszczędzać na czołg?

No jak?
Wycięłam ją, bo stwierdziłam, że to lekkie przegięcie.
12. Musicie wiedzieć, że nie jestem rasistką, androginką ani ignorantką wobec kultury wschodu — rozróżniam japońskie, chińskie i koreańskie. Nie mówię nigdy o Niemcach „Szwaby” — to wszystko część Tośkowej kreacji. Jedyne, co by mogło się, ale wyłącznie w niewielkim stopniu, pokrywać z moją opinią, to zdanie o norweskiej kadrze. W sezonie 2014/2015 bardzo ich lubiłam. Niestety, rok później, gdy ich forma drastycznie wywindowała w górę, ilość tych niesławnych groupie rozrosła się do jakichś skandalicznych rozmiarów, w związku z czym... obrzydli mi. I nie chodzi tu o to, że lubię niemainstreamowość, tylko że fanki zrobiły z nich celebrytów. A oni sami przyłożyli do tego rękę, ułatwiając dziewczynom z sobą kontakt.
13. Są trzy piosenki, którymi mogłabym opisać Tośków – na różnych poziomach.
– Birdy – Keeping your head up
– Paramore – All we know is falling
– Justin Timberlake&Anna Kendrick – True colors
14. Sytuacja z powyższego epilogu zdarzyła mi się naprawdę. Chłopak, który podobał mi się przez całe liceum, sam się zgłosił, żeby pójść ze mną na wesele w maju. Ja złapałam welon, a on muchę, tyle że on mi dał buziaka w usta. Ale Zniszczoł już nie mógł. :D
15. Mamy wspaniałych sportowców. W każdej dziedzinie. To tak w ramach off-topa.


Tymczasem z przyjemnością oznajmiam Wam, że jeśli chcecie dalszej czytać o Nie-lotnych, to zapraszam na


gdzie widnieje już prolog!


D Z I Ę K U J Ę

bez Was by się nic udało nic.



PS. I tak wiem, że nigdy nie słuchaliście soundtracku, zdradzieckie małpiszony.